Salomon Ultra Trail Hungary – 54 km

Pytanie. Co robisz, gdy już absolutnie nie masz siły, bo organizm zbuntował się, gdy wszystko wokół koli i jedyną myślą w głowie jest po prostu usiąść sobie i odpocząć? Co ja robię wówczas, wyłączam niepotrzebne funkcje życiowe i targam, aż poleje się KREW!

bty

Pomysł na ultra bieg, chodził za mną od zawsze. Cóż ciekawe wyzwanie i pewnie zabawa tak sobie myślałem. Rok temu przechadzając się po budapesztańskich mostach w oddali widziałem pagórki za którymi chowało się słońce, był to cudowny widok. I tak z Olą pewnego dnia przysiedliśmy do internetu i wygrzebaliśmy Salomon Ulrta Trail Hungary. Dystanse: 30 km, 54 km, 85 km i 112 km. Jak szaleć to szaleć, znaczy wybór był podyktowany zdrowym rozsądkiem, a dystansem 54 km był optymalny. Patrząc pierwszy raz na mapkę oraz do samego zmierzenia się z podbiegami sądziłem, że jest ona zwężona i przez to są tam pionowe ściany, ale o tym w dalszej części.

Przygotowania to góry, góry i góry. Nowe trasy w Sudetach, zimowe spacery i siłownia. W dniu biegu wiedziałem, że fizycznie jesteśmy gotowi i tylko jakiś kataklizm mógłby nas powstrzymać przed wbiegnięciem na linie mety! A, że w takich sytuacjach kataklizmy lubią się zdarzać to…

Dzień biegu to była istna patelnia, pogoda była idealna aby położyć się na kocyku i czytać książkę, a przed sobą mieć widok płynącego Dunaju. Słońce, temperatura z każdą minutą podnosiła się! A my na starcie przed najdłuższym wyzwaniem 🙂

No to start.

Uliczki Szentendre. Ogródki działkowe i grillowanie, pierwsze wzniesienia i odkryty teren. A ja biegnę z telefonem w ręku trzaskając foty, prowadzę i pilnuję. Widoki na okolice piękne, wszędzie zieleń i miasteczka w tle. A tu już jest po pierwszym zniesieniu i szalonym zbiegu, gdzie poleciała pierwsza kostka. Lecimy dalej, most kolejne wzniesienie i zbieg i tym razem poleciała prawa kostka, aż Ola przestraszyła się. Obie kostki poszły a tu jeszcze tyle do przebiegnięcia, a i nie było nawet pierwszego postoju.

Plan był prosty, aby na 3 pierwszych check pointach zbudować sobie przewagę, która pozwoli na luz w drugiej części biegu, gdzie miało być prawdziwe piekło.

Pierwszy check point, luz, do limitu było daleko, a już 3 wzniesienia były za nami. Nie było, aż tak źle. Plan działał. Uśmiechy i trzeba było ruszać w stronę zamku Visegrad. Ten odcinek trasy był najprzyjemniejszy, cały czas w dół, a i zegarek pokazywał tempo na kilometrach na granicy 4:30. Aż tak szaleć nie można było. Spokojnie pokonaliśmy dystans, gdzie mijaliśmy masę turystów. Kolejny check point i przewaga czasowa rośnie przed limitem. Taktyka jest okej.

Ruszamy, pierwsze wzniesienie, które na mapie wyglądało jak pionowa ściana. Obrazki drogi krzyżowej wryte w skałę i takie było to podejście. Ściana. To była prawdziwa droga krzyżowa, gdzie już można było położyć dłonie na kolana i kroczyć. Słońce dawało czadu, pot wydzielał sie coraz bardziej intensywnie. Spokojnie tempo wdrapywania się, a tu kilometrów, a raczej metrów nie przybywało. Po pokonaniu tej ściany coś poszło nie tak. Nagle wszystko podeszło mi do gardła. Dobra parę wdechów i do przodu. Ale żołądek nie odpuszczał, coraz częściej na skórze pojawiała się gęsia skórka. Lecimy, staram się i nagle to co było w żołądku wyleciało. Po raz pierwszy, później drugi. Houston mamy problem. Tyle miesięcy poszło się walić! Połowa trasy do zrobienia, a tu takie coś.

33077995_1991876551061980_2978235408011231232_o (1)

I tu pada zajebiste pytanie co dalej, bo było źle. Mięśnie na chwilę przestały działać. Umysł miał zwątpienie. Przecież to co miało być najgorsze dopiero było przed nami, a ja mam problem z marszem i co chwile rwie mnie. Biały ręcznik?

Do tego jednego momentu wszystko szło jak z płatka. Wymijaliśmy innych biegaczy, dobrze i mądrze korzystaliśmy z check pointów.

Weź się w garść, ale jak? Prawa noga do przodu, później lewa i głębokie oddechy tak aby złapać jakiś rytm. Najgorzej było na słońcu. Po dłuższym marszu i wplatywaniu marszobiegu kolejny check point. Nie będę pisał co dzieje się w głowie, czy o wielkiej motywacji itp. Po prostu pokonywałem każdy odcinek z bólem i gdy czułem dokuczliwy ból w klatce piersiowej czy nogach przestawałem biec.

Po 3 check poincie miał nastać moment, który pokazuje czy warto było tam być, 2 pionowe ściany. Pierwsza z nich była prawdziwą bombą! Czekan to tam podstawa! Wbijane buty, krótkie kroki i głębokie wdechy. Pot zalewał ziemię. Wdrapuje się. W głowie śpiewam sobie mam tę moc! Widzę jak inni też potężnie zmęczeni wdrapują się “na czworaka”, kolejni odpoczywają na kamieniach lub opierając się o drzewa. Szczerze jak chcesz sprawdzić swoje siły to jest to idealne miejsce, aby nie poddać się!

Przy każdym kroku w górę Ola spoglądała na mnie czy jeszcze się wdrapuje.

Troszkę połaziłem po górach, ale to podejście było mega okrutne i tak surowe, że jak to już zdobyło się to reszta wydawała się niczym trudnym. I tak było. To była kulminacja wysiłku. Stromy zbieg i kolejny szczyt, tu już szybciej i jeszcze więcej wypitej wody. Pozostał zbieg i Szentendre. Tak tego już nie można wypuścić z rąk!

DSC_0029_7

Ostatni check point, kontrola zegarka i czysty luz, że z czasem nic już nie stanie się złego. Jednak już mówiąc do Oli, miałem zatkane uszy i nie słyszałem tego co mówię, mięśni już nie było. Na tym odcinku szarpało mnie, aż miło. Uginałem się w pół i szedłem, bo już nie mogłem biec.

Nie czułem zawodu w tamtym czasie.  W zasadzie starałem się nie czuć niczego. Myśli zostawiłem za sobą i tylko brnąłem w tych ostatnich kilometrach.

Centrum Szentendre, tłumy na spacerze i na trasie biegu, meta wbieg na nią i koniec.

Jak mnie wszystko bolało, kaszel dusił moje płuca, a kostki opuchły. Potrzebowałem piwa i było.

33074648_1991984024384566_6702841891894853632_o

Przed samym startem powiedziałem, że będzie to mój jedyny ultra bieg w życiu i tak będzie. W żaden sposób nie zraziłem się do takiego wysiłku, czy dystansu jednak uważam, że katowanie mojego ciała w taki sposób nie jest wskazane (cóż hiperbillirubina rządzi, czyli moa przypadłość, która całkowicie zabrania mi uprawianie sportu).

hdr

Najlepszymi słowami jakimi potrafię podsumować okres przygotowań i sam bieg są: że nie potrafię powiedzieć tak zrobiłem to i parokrotnie to wykrzyczeć, albo nie potrafię tego docenić.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: